wtorek, 8 grudnia 2015

Zaburzenia odżywiania

Tym razem nie będzie o dzieciach, choć może po trosze. Długo zastanawiałam czy w ogóle poruszać ten temat na blogu, ponieważ te sprawy nie należą do łatwych. Jednak ostatnio natchnęła Mnie jedna Pani, przypadkiem trafiłam na program z jej udziałem w telewizji śniadaniowej.Piękna, pewna siebie kobieta opowiada jak zmagała się z wyniszczającą organizm i psychikę chorobą.
Generalne sprawa ma się tak, że od nastu (już nie liczę ilu ale chyba 15 lat) sama zmagam się z tą samą chorobą, którą jest bulimia, potocznie zwana wilczym głodem. Ludziom normalnym, normalnym w sensie, nie mających zaburzeń odżywiania, nie mieści się głowie, sens tej choroby. Dlatego krótko chciałam wyjaśnić z czym to się je i wytłumaczyć,że cierpiący na bulimię nie są wiecznie wymiotującymi bez powodu ludźmi (jak to się większości wydaje). Na swojej drodze poznałam kilka osób, które jak ja od wielu lat udawały albo i ukrywały przed całym światem, że wszystko jest w porządku. Generalnie sprawa nie tyczy się wagi to po pierwsze, sama nigdy nie byłam puszysta. Chodzi raczej o posiadanie wszystkiego pod kontrolą ( tutaj chociażby to obsesyjne sprawdzanie wagi oraz liczenie kalorii). Po drugie, osoby które są chore na różne rodzaje zaburzeń odżywania zdecydowanie doświadczały we wczesnym życiu nieprzyjemnych sytuacji, a w ich domu nie było normalnych czystych relacji uczuciowych. PRZEDE WSZYSTKIM CHODZI O WIARĘ W SIEBIE. O swoje poczucie WŁASNEJ WARTOŚCI. Osobom takim jak ja za cholerę brakuje wiary w siebie, we własne możliwości, mimo, że na około wszystkim wydaję się taka wygadana i pewna siebie. Niestety nic bardziej mylnego, potrafimy zmylić nawet najlepszego detektywa (w liceum miałam koleżankę, która jak się okazało również jak ja cierpiała na bulimię, zgadałyśmy się, właściwie wygadałyśmy wzajemnie dopiero kończąc tę szkołę).
Generalnie jedzenie jest przyjemną sprawą, i każdy dobrze o tym wie. Osoby chore na bulimię te braki w uczuciach rekompensują sobie jedzeniem. Nie jest to normalne jedzenie. W trakcie napadu można wchłonąć nawet do 20 000 kcal. Przerażające prawda? Ale wyobraźcie sobie, że zostajecie sami na tydzień w domu a rodzice są na wakacjach.Okres od 2 klasy gimnazjum do studiów to pasmo miesięcy zdrowych (w starych kalendarzykach zaznaczałam sobie minusiki kiedy danego dnia nie było napadów). Bywały też takie miesiące, kiedy miałam i okazję i dużo wolnego czasu, wtedy niestety wiele dni było na plus (uwierzcie jak kiedyś wykopałam je z czeluści szafek to po prostu przeryczałam pół dnia nad swoją głupotą).
Kiedy okazało się, że spodziewam się pierwszego dziecka, zaczęłam się bać, bać już nie o siebie ale o tę małą istotę, którą noszę pod sercem. Córka skutecznie wyleczyła Mnie na dobre miesiące z napadów bulimii. Potem przyszła praca, generalnie miałam zajęcie, więc nie myślałam o "złych rzeczach".
Wydaje się, że jestem dorosła, mam dwójkę wspaniałych dzieci i fajnego męża, niestety choroba zrobiła swoje, dość mocno odbiło się to na mojej psychice. Są lepsze czy gorsze dni. Jakieś dwa miesiące temu zapisałam się na wizytę do poradni zdrowia psychicznego, ponieważ wiem, że sama już nie dam do końca rady wyjść z tego, za dużo czasu minęło.

PS. Jestem ciekawa ilu z moich znajomych (celowo piszę ilu bo wiem też o mężczyznach cierpiących na bulimię) zmaga się z jakimiś zaburzeniami odżywiania.

Ten post to taka trochę prywata i rozliczenie się z przeszłością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz